Menu

Fragile, fragile.

Ziemia, gdzie spojrzysz, zasłana bryzgami kruchej piany. Niczego mi proszę pana tak nie żal jak porcelany.

Czepliwość.

anitaes

Zimą, 18 lat temu wzięłam ją z sopockiego schroniska. Przez ten cały czas była stale gdzieś obok, w tle, zupełnie niekłopotliwa.

Dłużej nie dała rady żyć, choć bardzo próbowała. Kilka dni temu musiałam ją uśpić.

Trzy lata temu, czerwcu, Marta zrobiła jej to zdjęcie.

... a potem  trzeba było ją skubać z tych cholernych czepliwych kulek...

Wtedy mi się nie chciało, a teraz chętnie bym poskubała. Z wielką wielką radością.

pinia

Rok później.

anitaes

Rok temu, w Orvieto, pewnego marcowego popołudnia weszłam do Pozzo S. Patrizio, by pokonać w samotności 248 schodów w dół, a potem tyle samo w górę. Wydawało mi się, że jeśli tylko bardzo się postaram, odczaruję rzeczywistość i zmienię ją na swoje podobieństwo. Sprawię, że będę nią kierować a nie ona mną. Ale nie. Nie potrafiłam. Magia nie zadziałała, strach pozostał. A może moneta, wrzucona wówczas do wody okazała się za drobna, by kupić sobie spokój? I choć wnętrze studni dawało poczucie mocy, te schody wtedy, tam, to była droga na skróty. Łatwizna, która zawsze przynosi rozczarowania. Naiwność, że wystarczy tylko chcieć. Wtedy nie wiedziałam, że każdy z tych 248 stopni prowadzących w dół muszę poczuć na sobie, każdy rozpoznać stopą, nagą skórą, na każdym zostawić jeden pieprzony dzień życia. Wczoraj znów dotarłam na mostek, zaskoczona jak kiedyś, sama, w mroku, na dnie. Zmęczona taka męczona.

Ta sama cisza, błysk monet, krąg światła na górze jak oko Boga. I stopnie w górę przede mną.

Strach nie znikł.

 

Wizyta Boga.

anitaes

150 km na godzinę. Przez całą noc i część poranka. Dwanaście godzin dzikiego rumoru; szalejące okiennice walące bezustannie o ściany, szuranie wielkich donic o bruk. I pisk powietrza, wciskającego się w każdą szparę.

Wszędzie powalone drzewa. Na Stazione, przy skwerze, zwałowisko konarów. Została tylko jedna pinia, na moje oko najcieńsza. I wygląda zupełnie idiotycznie, więc może byłoby lepiej gdyby też padła, myślę, choć wiem, że ta myśl brzmi bluźnierczo.

Gdy mijam to miejsce, dziwi mnie, że tak wielkie drzewa tak płytko się zakorzeniają. Jakby natura przeoczyła samą siebie.

Ulice zasłane są potłuczonymi dachówkami - pomarańczowe chodniki, dywany liści; to nawet ładne. Gdy popołudniu wychodzi słońce, wydaje się być nie na miejscu, dziwne, po takiej nocy. Miasto zapełnia się ludźmi. Oglądaczami strat. Komentatorami wiatru. Zbieraczami zagubionych rzeczy.

Pod wieczór piję kawę w barze w Anghiari. Znów zaczyna wiać. Znajoma barmanka sprawia mi niespodziewaną przyjemność. Pianka w filiżance jest gęsta i delikatna. Ale wystarczy podmuchać, by napis zapadł się w czerń.

kawa

Filmowe życie.

anitaes

Zwykle to jest tak, jakbym się obserwowała. Albo była za grubą szybą. Coś jak film. Niby ja a nie ja. Myśli nie do opanowania. Powracające jak deszcz obrazy. Ślepota na to, co wokół. Obojętnie czy ładna czy brzydka pogoda. Próby zaistnienia osobno/oddzielnie. Próby bycia naprawdę. Zwykle średnio udane. Noce urywane jak stop-klatka. Nieskończenie długie spacery po mieszkaniu. Wtęizpowrotem. Jakieś plany. Codziennie te same ujęcia. Niepokój już nie we mnie ale dookoła. Te same słowa wyuczone na pamięć. Długie dialogi na jeden głos.

Nierzeczywistość, w każdym momencie ostatnich, wielu miesięcy. Moje filmowe życie.

Ale dziś jest piękny poranek. Niebo całkiem bezchmurne. Umyłam włosy i czekam aż zza wieży katedry pokaże się słońce. Marek Jackowski śpiewa o tym w Trójce, i gwiżdże sobie zza światów.

Nic mi więcej nie potrzeba.

Taki tytuł.

Patrząc w niebo.

anitaes

Zawieszonym pomiędzy ziemią a niebem brakuje podparcia stóp by mogli odbić się i polecieć wyżej, tam, dokąd przecież zmierzali.

Boli ich ciało i to co je kryje, nie są więc zdolni położyć się na wędrującej chmurze, nawet najmiększej, w niebieskiej ciszy, by bujać się beztrosko w białej pianie, pić ciepłe mleko i spoglądać bez lęku w dół.

Zawieszeni, choć wydawać by się mogło, że stworzeni do stanu nieważkości, mają w sobie bolesną  nie przynależność, tak różną od jej ładniejszej siostry, niezależności.

Zawieszeni są więc ani z ziemi, ani z nieba, w wiecznej drodze pomiędzy - stale w przestrzeni, pozbawieni sznurka, który ktoś tam, w dole, trzyma trzyma trzyma mocno w dłoniach.

Patrząc długo w górę, można ich dostrzec. Znikające punkty, prawie niewidoczne.

© Fragile, fragile.
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci